Historie porodów

Poniżej prezentuję historie naszych mam i dzieci, które zechciały się podzielić swoimi wspomnieniami. Poród w hipnozie oraz poród w autohipnozie to ciągle pewna nowość w Polsce dlatego warto zwrócić uwagę na to, jak wiele spokoju emanuje z tych opowieści.

Karolnoworodekina i Bruno – 21.09.2013 – dobry poród domowy

Kładę się spać 20.09 trochę zła, że pełnia, na którą tak liczyłam nic nie dała. Dalej jestem w ciąży – jest mi już ciężko, miednica mocno doskwiera i naprawdę chciałabym już urodzić. Takie tam normalne odczucia kobiety w 38 tygodniu ciąży. W nocy łapie mnie kilka skurczyków ale nie jest to nic na tyle poważnego żeby choćby wstać z łóżka. Przytulam więc starszaka i śpię dalej. 21 to sobota, mój M zostaje w domu mogę więc odpocząć. Leniwy ranek pochmurnego dnia, ale nie jest źle – pierwszy raz od tygodnia nie pada.
Koło 10 postanowiłam wziąć ciepłą kąpiel – ot, taki kaprys chwili. Gdy o 11 wychodzę z nagrzanej łazienki mówię „zaczyna się”. M chyba trochę nie może uwierzyć i pyta skąd wiem. Wiem bo odszedł czop z krwią… czyli coś się dzieje, ale mamy jeszcze dużo czasu. Mimo to decyduje się zadzwonić po dziadków żeby zabrali Igora. Jakoś wewnętrznie czuję, że niebawem będę potrzebować ciszy i spokoju, które są trudne do osiągnięcia przy dwulatku.
Dziadek zaalarmowany hasłem „poród” zjawia się z prędkością błyskawicy. Powoli pakuję Igora. W międzyczasie daję znać położnej, że coś tam się zaczyna dziać ale że póki co to nic poważnego. M leci do sklepu i apteki. Jest po 12 gdy przekazujemy starszaka pod opiekę dziadka i zaczynamy domowe przygotowania. M pompuje basen, ja sprzątam dziecięce zabawki. Niby nic a schodzi się przy tym przeszło godzina. Położna odwiedza nas bez ostrzeżenia koło 13.30 – przywozi niezbędny sprzęt i bada. Wynik: czop odszedł, szyjka przepuszcza, maluch nisko ale to jeszcze nie poród. Mamy dzwonić jak akcja się rozkręci. Patrzę na zegarek: 13.45, chcę na spacer. Nakładam na uszy mp3 z nagraniami Cud Narodzin i w trakcie drogi powoli odpływam.
Michał prowadzi mnie a ja często mam zamknięte oczy. Zapadam się gdzieś w siebie. Idziemy bardzo powoli ale ja mam wrażenie że to męcząca droga. Co chwila zatrzymuje się i kręcę biodrami – tak mi na razie najłatwiej dostroić się do doznań. Właściwie nie rozmawiam z M. Po prostu cieszę się, że jest, że mnie prowadzi, że nie muszę myśleć tylko mogę spokojnie iść. Doznania są coraz bardziej odczuwalne i zaczynam przystawać i mruczeć w czasie skurczy. Mijający nas ludzie trochę dziwnie patrzą na ten obrazek. Mijający nas ludzie dziwnie patrzą. Mam ich gdzieś. Zamykam oczy i daję się prowadzić Michałowi. Czuję się bezpieczna i bardzo spokojna.

Jest 15.20 gdy wracamy do domu. Jestem zmęczona. Rzucam się na łóżko i na dobre 20 minut odpływam w błogi sen. (Gdyby ktoś mi powiedział po narodzinach pierwszego syna, że w czasie akcji można spać, daję słowo, że bym go wyśmiała!)
Budzi mnie silna fala ucisku w podbrzuszu i nagła myśl, że jeśli pośpię dłużej to na pewno znów wyciszę całą akcję porodową, a przecież ja chcę urodzić.
Wstaję i idę do wanny. Akcja od razu wraca ze zdwojoną siłą. Łazienka jest ciemna, zapalam świeczki i po prostu znów odpływam. Na uszach ciągle słuchawki, w czasie ucisku mruczę i polewam prysznicem brzuch. Ciągle nie jestem przekonana czy to już poród czy jeszcze nie, chociaż doznania są już intensywne, regularne i częste. Zza ściany słyszę, że M piecze domowy chleb. Nie wiem ile mija czasu ale wołam go do siebie. Niech polewa brzuch, niech mi pomaga, niech COŚ zrobi. Ostatecznie mówię żeby zadzwonił po położną – jeśli to co się dzieje nic nie daje to pojedziemy do szpitala żeby sprawdzili czy wszystko z nami ok. Doznania robią się bardzooo intensywne. Położna mówi, że będzie za pół godziny. Pół godziny myślę sobie… ok, poczekam. Siedzimy w łazience. M polewa mi brzuch wodą, masuje nogi. W tych przerwach między falami czuję, że strasznie go kocham. Ze słuchawek lecą relaksujące sugestie i słowa wsparcia – jestem w stanie pół-przytomnym, gdzieś na granicy światów. Wyłącza się myślenie, wzrok mi się zawiesza na świeczkach rozstawionych na wannie. Już niczego nie analizuje, nie zastanawiam się. Po prostu jestem w tym. Czuję swoje ciało. Czuję ciało mojego dziecka. Wszystko jest dobrze. Intensywnie. Jestem w tym na 100%, cała jestem narodzinami, cała jestem tą miłością i magią. Po prostu pozwalam, aby się działo.

Nie wiem która jest godzina gdy zjawia się położna – jak dla mnie może być równie dobrze 16 jak i 20. Czas gdzieś mi się zatarł w tej łazience. A. (położna) cichutko wchodzi do łazienki, delikatnie maca brzuch, bada moje ciśnienie i tętno synka. Pyta ile czasu tu siedzę – M odpowiada, że jakies 45 minut. Wychodzę z wanny i wypraszam ich z łazienki – organizm musi się oczyścić. Gdy wychodzę proszę o badanie rozwarcia i stwierdzam, że jeśli nic się nie ruszyło to ja mówię pass 😉 w badaniu wychodzą 4 cm. Wow. Czyli coś się jednak ruszyło i to całkiem błyskawicznie. Wkraczamy w aktywną fazę porodu. Zerkam na zegarek (ciężko na niego nie zerkać bo wisi w centralnym punkcie dużego pokoju), jest przed 17. M coś jeszcze mówi, zagaduje… ale nie słucham go. Jestem w zupełnie innym świecie. Wiem, że wydaje z siebie dźwięki, ale nie wiem jakie. Coś mówię, ale nie wiem co. Ktoś głaszcze mnie po głowie. Coś dzieje się dookoła… To wszystko nieważne. Jestem ja. Moje ciało. Moje dziecko. Mój mąż. Poza tym nie ma nic.
Otwieram balkon bo mi gorąco i na każdym skurczu ślicznie śpiewam wieszając się na M. Mówię mu, że nie dam rady, że to nie dla mnie. Otrzymuję ciepłe słowa zachęty i wsparcia. Mimo to zdecydowanie czuję, że nie dam rady. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Bardzo intensywnie. Fale zalewają mnie jedna po drugiej. Krótkie badanie delikatną dłonią położnej – mamy magiczne 7 cm. Osławiony kryzys wita mnie piekielnie mocnymi falami. Zwisam na Michale i po prostu „śpiewam” ile fabryka dała na szycie każdej fali. Balkon ciągle otwarty 😉 więc sąsiedzi muszą podejrzewać albo wielokrotny orgazm (serio! odgłosy są bardzo zbliżone do tych w czasie kulminacji aktu płciowego) albo przemoc domową 😉 To wszystko nic. To tylko kryzys. To minie. Wszystko minie. Już zaraz będziemy razem tulić naszego synka. Fale przychodzą i odchodzą. Staram się je akceptować, być im wdzięczna, staram się wyłączyć siebie, swój brak wiary. Wewnętrznie pozwalam im się dziać. Ten moment w narodzinach mojego synka jest najtrudniejszy dla mnie jako kobiety, wymaga całkowitego odpuszczenia – sobie i innym. Pozwolenia sobie na przyznanie, że to bardzo intensywne, bardzo niecodzienne… że chętnie bym się gdzieś schowała i przeczekała, a przecież muszę tu być, nie mogę porzucić ani samej siebie, ani tym bardziej mojego synka. To rozgrywka wewnętrzna, muszę odpuścić i pozwolić się dziać. Zgodzić się na każdą falę ucisku. Przywitać ją i podziękować jej. Mówię do siebie, że nie dam rady, że to ponad moje siły… ale jednak daję radę. Wiem, że właśnie w tym podporządkowaniu się sile rodzenia jest mądrość kobiety.
Jest 18.15 kiedy położna pyta czy mnie przypadkiem nie popiera. Mówię, że nie wiem. Może trochę. Zdecydowanie czuję, że malutki jest nisko. Bardzo nisko. Szybciutkie badanie, mamy 8cm. Jeszcze chwila i będziemy przeć. Położna poleca uklęknąć i nie przeć. Niech się wszystko dzieje we własnym tempie. Łatwo jej powiedzieć. Jednak siła i charakter skurczy zmienia się. Nie są tak częste, nie są tak długie. Klękam przed naszą kanapą i na skurczu wpijam się w wyciągniętą przede mnie rękę Michała. A. chce mi pomóc i głaszcze plecy ale ostro zakazuje się dotykać. Jedynym znośnym dotykiem jest w tej chwili mocna dłoń Michała na moich rękach i twarzy. Nie wiem ile czasu to trwa. Czas się zaciera, rozmywa. Mam ochotę całować męża, albo go gryźć, nie jestem sama pewna. Zresztą, nie jestem też pewna czy tego nie robię. Pozwalam swojej Wewnętrznej Dzikiej Kobiecie przejąć kontrolę. A. sugeruje żebym odpoczywała między skurczami bo 2 faza już niedaleko. Troche to do mnie nie dociera – przecież ciągle nie pękł pęcherz płodowy. Sugeruje żeby „dmuchać świeczki” i po prostu czekać… jest to nie do zrobienia. Następna fala wyrywa ze mnie okrzyk „przeć” i pęka pęcherz. Jednocześnie niepohamowana siła po prostu wytacza ze mnie dziecko. To niepohamowana siła życia, niepodobna do porównania z czymkolwiek innym, ogromna, wspaniała, nie licząca się z niczym. Czysta i niemożliwa do okiełznania. Czuję jak synek schodzi bardzo nisko i mam obawy czy ktoś zdąży dobiec aby go złapać. Ale siła parcia na chwilę ustaje. Czuję główkę synka, która jeszcze się we mnie chowa. Dosłownie po sekundzie kolejny mocny skurcz wypycha ją na zewnątrz i rotuje. A. jest już za mną (dopiero później dowiaduje się, że wszystko dzieje sie tak szybko że nie nadąża nałożyć obu rękawiczek) a ja jakimś ostatkiem świadomości wiem, że dopiero teraz mogę przeć – biorę więc wdech i pomagam kolejnej fali. Bruno rodzi się po cichutku – nie płacze, nie kwili nawet, w pokoju jest półmrok. Pytam czemu nie płacze ale zaraz dowiaduje się, że wszystko jest dobrze… po prostu panuje tu spokój.
Bruno ląduje u mnie na brzuchu, rozgląda się zaciekawiony – na zmianę patrzy na mnie i na tatę. Położna jak dobry duch pozwala nam chłonąc tą atmosferę usuwając się gdzieś zupełnie w cień. Tulimy się, malutki dostaje cyce, ja odpoczywam.

Karolina, wrzesień 2013

Ps. dodane po 3 miesiącach: z perspektywy czasu i doświadczenia dwóch porodów w pełni doceniam cud, jakim były dla mnie te spokojne, domowe narodziny drugiego synka. Było to doznanie intensywne, ale warte wszystkiego. Ani przez chwilę nie czułam strachu, niepokoju bądź lęku. Wszystko było spokojne, ja byłam spokojna (co wcale nie oznacza, że byłam cicha, o nie), Bruno był i nadal jest spokojny. Chociaż nie ominął mnie kryzys siódmego centymetra objawiał się on jedynie chwilowym brakiem wiary we własne siły, a nie frustracją, niezgodą czy też błaganiem o znieczulenie. Te wspomnienia pozostaną ze mną na zawsze. Jestem silną kobietą, mamą dwójki wspaniałych chłopców. Wiem, że mogę wszystko!

Joasia i Marcel – 14.05.2014 – dobry poród po traumie

Perspektywa tego porodu przerażała mnie od początku. Córkę rodziłam blisko 20 godzin, bez picia i jedzenia, na sali z dwoma innymi kobietami, o słowach położnej nie będę pisać. Więc ta ciąża, choć wyczekana blisko 10 lat, była jednocześnie błogosławieństwem i wielką próbą. „Wielką próbą” piszę teraz, wcześniej myślałam, że poród to po prostu przekleństwo. Chciałam mieć cesarkę, ale pewne powody medyczne sprawiły, że dla mnie byłoby to bardzo ryzykowne rozwiązanie. Czyli musiałam urodzić naturalnie.

Program „Cud Narodzin” dostałam od męża. Najpierw go wyśmiałam. Przecież książka i płyta nie pomogą mi urodzić, co on może wiedzieć o rodzeniu, o bólu, o strachu, który miałam w sobie. Któregoś wieczoru postanowiłam jednak spróbować i moje nastawienie zaczęło się zmieniać. W efekcie, pod koniec ciąży, zdecydowałam się jeszcze na osobiste spotkania z Karoliną a do porodu szłam już zupełnie spokojna i rozluźniona.

Sam poród był o niebo lepszy niż poród córki. Krótszy, mniej stresujący, nieporównywanie mniej bolesny i przede wszystkim spokojny. Czułam się cały czas spokojna i bezpieczna. Wody odeszły mi o 22, a już o 5.15 Marcel pojawił się na świecie. Urodzony do wody. Jedyny ciężki moment to chwile spędzone pod ktg.

Z czystym sumieniem życzę wszystkim właśnie takich porodów, a kobietom szczególnie stresującym się polecam jak najszybszy zakup programu albo kontakt z Karoliną.

Marzena i Feliks – 02.07.2014 – szybki i dobry poród z hipnozą

WP_20140826_010Narodziny synka były szybkie a w sumie tego pragnęłam najbardziej, bo ból musi być, jednak ten ból ma sens, każdy skurcz przybliżał mnie do spotkania z moim kochanym pierworodnym. Hipnoza cud narodzin pomogła mi bardzo, na dzień przed narodzinami słuchałam chodząc po szpitalnych schodach nagrań odpowiednich na ten czas. Następnego dnia rano poczułam pierwsze skurcze, wszystko odbywało się dość szybko, po około godzinie zbadano mnie i miałam 3 cm rozwarcia, zadzwoniłam po męża ze już i niech na spokojnie jedzie, ja poszłam na porodówkę, na lewatywę i prysznic, telefon z nagraniami i muzyka miałam przy sobie, pod prysznicem miałam silne i częste skurcze, oddychałam jak podczas hipnozy i próbowałam wizualizować miedzy skurczami. Przyjechał mąż. Zaprowadzili mnie ba sale porodową, wtedy jedyny raz przyszło mi do głowy ” Boże czemu ja nie chciałam cesarki” . W sali na łóżku okazało się ze mam 8 cm rozwarcia, pomyślałam, że najgorsze za mną i teraz to kwestia czasu i zobaczę synka. Miedzy skurczami położna poprosiła bym się z relaksowała i tu znowu pomogła hipnoza i moje miejsce do którego uciekłam myślami, do tego musiałam pamiętać o prawidłowym oddychaniu. Przed południem wypchnęłam syna siłami natury i poczułam wtedy cudowna ulgę, a na moich piersiach wylądował piękny, krzyczący synek który od razu przyssał się do piersi

 

ada-maksAda z synkiem – listopad 2014 – dobry poród według planu

Poród drugiego synka zaskoczył nas. To był piątek, myślami byliśmy przy niedzielnej imprezie urodzinowej starszaka i wcale nie przyszło mi do głowy, że to może się zacząć już. Przecież ja na pewno urodzę po terminie- tak jak starszego- chociaż dobrze wiedziałam, że dwa tygdonie „przed” do terminu się również zalicza.

No więc zostaliśmy zaskoczeni, i to bardzo, gdy nagle po powrocie męża z pracy poczułam, że odchodzą mi wody. Stanęłam w łazience i szok! No bo jak to? Nie, nie- ja nie jestem gotowa- taka była pierwsza myśl. Nawet przez chwilę zaczęłam się trząść z nerwów. Po kilku minutach uspokoiłam się i razem z mężem zaczęliśmy myśleć jasno. Ok- opieka do starszaka, torba spakowana, wydrukować plan porodu, czekamy, nie panikujemy. Gdy sprawy organizacyjne zostały ogarnięte ( mój brat przyjedzie do Starszego), poszłam pod prysznic i zaczęłam myśleć o porodzie.

Wszystko jest ok, fajnie jakby zaczęły się jakieś skurcze, aby akcja rozpoczęła się już w domu i żebym przebywała w szpitalu jak najkrócej- taka była moja wizja. Cały czas w głowie miałam swój poprzedni poród szpitalny z pomocą położnej, dzięki której większość pierwszej fazy spędziliśmy w domu, a jedynie ostatnie 2 godziny w szpitalu.

Po wyjściu z prysznica włączyłam nagranie Cud Narodzin, usiadłam na łóżku, słuchałam i wprowadzałam się w stan relaksu. Cały czas byłam lekko zszokowana tym, że to sę dzieje naprawdę, ale równocześnie też poczułam lekkie podniecenie i to, że wiem co mam robić i taki wewnętrzny stan spokoju.

Skurcze niestety nie nadchodziły, a na pewno nie były wyczuwalne i regularne. Po ok dwóch godzinach pojechaliśmy do szpitala. Przy przyjęciu okazało się, że rozwarcie było jedynie dwucentymetrowe a szyjka nadal nie zgładzona. No trudno- pomyślałam- jakoś sobie z tym poradzimy. Cały czas miałam w głowie również moje „postulaty” z planu porodu. Zależało mi na tym, żeby było jak najbardziej naturalnie, a ewentualne próby przyspieszania porodu tylko i wyłącznie z pełna informacją o etapie porodu. Bałam się, że w wypadku, gdy akcja nie rozwinie się, z powodu odchodzących wód, będzie konieczna jakaś interwencja. Dlatego też postanowiłam nastawić się bardzo, bardzo pozytywnie, że wszystko się rozkręci samo lub ewentualnie z pomocą to moją własną i męża.

Pozytywnie nastawiło mnie też omówienie planu porodu z położną. Choć położna stwierdziła, ze być może nie urodzę na jej zmianie (było około godz 22), to jak najbardziej da się wszystko zrobić naturalnie – oczywiście kontrolując stan dziecka. Było to dla mnie ważne – ta rozmowa na temat planu. Położna wiedziała jaki ja mam stosunek do porodu, a i ja byłam spokojniejsza wiedząc, że osoba, która najprawdopodobniej przywita moje dziecko jest po mojej stronie.

W sali porodowej czuliśmy się z mężem bardzo dobrze, mogliśmy korzystać z sprzętów, mieliśmy łazienkę „pod nosem”. Położna poradziła mi, abym się chwilę zdrzemnęła zanim się akcja rozkręci, aby nabrać sił. Ok- pomyślałam- ale jeżeli się nie rozkręci?. -Zazwyczaj czekamy 6 h i wtedy jeżeli nie ma żadnych skurczy a wody odeszły, włączamy oksytocynę.

Znałam sposoby, które mogą pomóc w rozkręceniu akcji, znałam też sposobu łagodzenia bólu przy skurczach. -Damy radę-powiedział mój mąż. Poszliśmy pod prysznic i tam poprosiłam go, aby pomógł mi przy masażu sutków- to miało na celu troszkę ruszyć akcję.

Po prysznicu postanowiłam, ze troszkę się zdrzemnę. Włączyliśmy nagranie Cudu Narodzin ( na sali dostępny był odtwarzacz). Nagranie zaczęło się od słów „otwierasz się…” a ja wiedziałam, że tak się dzieje. Podłączono mi ktg a ja poszłam spać. Stwierdzono, że czynność skurczowa jest- więc jest ok. Po obudzeniu (spałam troszkę, ale nie wiem ile), postanowiłam poruszać się. „Skakałam” na piłce, chodziłam, rozmawialiśmy. Generalnie byliśmy w bardzo dobrym nastroju, mąż okazywał mi dużo czułości, a ja podświadomie wiedziałam, że niedługo się zacznie.

Zaczęło się ok. 2 w nocy, skurczami regularnymi, bolesnymi. Rozwarcie postępowało dosyć szybko, przy skurczach skakałam na piłce, byłam pod prysznicem, przy bardziej bolesnych mąż masował mi uda i plecy.

Cały czas słuchaliśmy Cudu Narodzin w tle. Gdy nadchodził skurcz mówiłam sobie na głos: jesteś spokojna i zrelaksowana, fala skurczu zaraz minie, jesteśmy coraz bliżej. I i rzeczywiście tak było – przy kolejnym badaniu okazało się, że jesteśmy na 6tym centymetrze. Chwilę później skurcze były już bardzo intensywne i praktycznie kończył się jeden a zaczynał drugi: oho! – powiedziałam do męża – to 7 centymetr, uważaj zaraz będę mówić, że nie dam rady i chcę już koniec. Mąż śmiał się ze mnie, ale rzeczywiście tak było! To był 7my centymetr a położna powiedziała, że świetnie nam idzie i rzeczywiście szybko! Słyszałam jak rozmawiała na korytarzu z lekarzem, który zapytał jak mi idzie, że juz jest 7my, na co lekarz powiedział: Ładnie, ładnie! To był ten rzeczywiście najtrudniejszy moment porodu, byłam już zmęczona, dotychczasowe masaże męża zaczęły mnie denerwować, chodzić nie miałam zbytnio siły a i nagrania w tle zdawały się do mnie nie docierać. Podczas silnego skurczu położyłam się na worku sako i stwierdziłam, ze teraz to będę tylko krzyczeć i wtedy właśnie poczułam skurcz party! Hurra, koniec tego bólu, zaraz wyjdzie nasz kochany maluch. Mąż i położna pomogli dostać się mi na łóżko do rodzenia, a ja poczułam, że wróciłam do rzeczywistości i w pewnym sensie do świadomości. Docierały do mnie słowa z nagrania, które mówiły, że jestem spokojna i tak też było. Pomiędzy skurczami partymi śmialiśmy rozmawialiśmy w trójkę: ja, mąż i położna. Po kilknastu minutach na świecie pojawił się nasz drugi syn. To było cudowne doświadczenie.

Mimo, iż poprzedni poród również wspominam bardzo dobrze, ten był całkiem inny. Tym razem byłam świadoma swojego ciała, tego co się dzieje, miałam wsparcie nie tylko w mężu i położnej, ale i w kojącym nagraniu, które lecąc w tle przypominało mi o tym gdzie kierować swoje myśli i jak kierować swoje ciało. To był naprawdę dobry poród.

Kamila i Olivier – lipiec 2015 – Cud Narodzin za granicą

oliverWraz z narzeczonym mieszkamy za granicą. Jesteśmy tu sami i mimo, że planowaliśmy dzidziusia to nie posiadaliśmy kompletnie żadnej wiedzy na temat wychowania, pielęgnacji i opieki. Zaczęłam czytać jedna ze stron internetowych, by psychicznie czuć się dobrze z myślą , ze damy sobie świetnie rade i nie będziemy musieli prosić o pomoc innych. Oprócz wiedzy na temat noworodków, zdobyłam coś co będę wspominać do końca życia. Jest to cud narodzin… znalazłam Pani stronę internetowa i zagłębiłam się w temat autohipnozy, z która od razu podzieliłam się z ukochanym. Myślałam, że będzie nastawiał mnie anty, a on odpowiedział „No kupuj kochanie. Skora ma Ci to pomoc” nie zastanawiałam się ani chwili.

Skrupulatnie dzień po dniu wykonywałam wszystkie ćwiczenia programu. Do końca sama nie byłam przekonana w jego działanie. Po pierwsze. Zdarzyło mi się parę razy zasnąć 🙂 Po drugie. Problem ze skupieniem. Po trzecie. Brak fantazji.

Jenak żaden z tych czynników nie wpłynął negatywnie na przebieg mojego porodu.
Zaczęło się w domu. 15.30 pierwsza biegunka. 17.20 kolejna wraz z odejściem czopa śluzowego. Zaczęły się pierwsze słabe skurcze o różnej częstotliwości. Dziwiły mnie przerwy miedzy nimi. Raz co 10 min, raz co 5, to znowu 12. Wiedziałam, ze będą nieregularne, ale one były totalnie rozregulowane czasowo. Poród miał odbywać się w centrum rodzenia w wodzie, gdzie pracują same położne, bez obecności lekarza. Zadzwoniliśmy, ze to już. Po przeprowadzeniu wywiadu, położnej nie spodobało się to, że krwawię i skierowała mnie do szpitala, aby potwierdzić, ze to krwawienie jest naturalne i nic nie zagraża bezpieczeństwu. Musiała mieć pewność, ponieważ centrum znajduje się w miejscowości położonej 50 min od mojego miejsca zamieszkania, gdzie nie ma szpitala, a średni czas dojazdu karetki to 30 min. Tak wiec po dotarciu do szpitala, okazało się, ze krew to naturalne zjawisko, po czym zmierzono mi ciśnienie, z którym miałam problemy w 3 trymestrze ciąży. Okazało się, że jest wysokie i od godziny nie spada. Po konsultacji lekarzy, nie wyrażono zgody na poród w innej placówce. Strasznie się załamałam, bo wizualizowałam zupełnie inną scenerie. Zamiast łóżka, woda. Zamiast lekarzy, przyjazne położne… i miejsce, z którym byłam już zapoznana. Duża wanna, w której miałam przebywać wraz z narzeczonym, prywatny pokój…

Gdy przekazali nam wiadomość o konieczności pozostania na miejscu, widzieli szereg złych myśli, strachu i lęku od nas bijącego. Zaproponowali nam, ze stworzą takie same warunki jakie mieliśmy mieć zapewnione. Około godziny 23 zaprowadzili nas do prywatnego pokoju, w którym panował niewiarygodnie cudowny nastrój. Przyciemnione miejsce, świece, piłki i inne pomoce. Od razu załączyliśmy odtwarzacz cd wraz z programem. Przebrałam się w strój kąpielowy, zarzuciłam koszule i usiadłam na piłce balansując biodrami. Nic innego mnie nie interesowało, poza piłka i dłonią ukochanego, która cały czas ściskałam. W Anglii cudowne jest to, że wszystko odbywa się bez ingerencji lekarzy. Nie zrobią niczego bez twojej zgody. Nawet nie sprawdzają rozwarcia. Położna poinformowała, ze w razie gdyby miała mi sprawdzić rozwarcie to mamy ja wołać. Ja nie byłam na to gotowa, ze względu na ogromy ból podczas tego badania, ale gdy czułam, ze poród może się zbliżać, poprosiliśmy o sprawdzenie.

Gdy położna wykonała badanie, była w bardzo wielkim szoku. Podobnie jak my sami 🙂 Wszyscy spodziewaliśmy się rozwarcia na 3,4 cm. Ona zasugerowała się moim stoickim spokojem. Ja zaś, bardzo dzielnie znosiłam doznania , bo nastawiałam się na jeszcze gorszy ból. Wmawiałam sobie, ze to cały czas jest początek całej akcji porodowej, gdy okazało się, ze rozwarcie jest na 9 cm i trzeba w expresowym tempie przygotować wannę i salę do rodzenia.

Cały czas wsłuchana w nagranie, odizolowałam się od bólu. Powtarzałam sobie wcześniej przygotowane afirmacje, dzięki którym w tak szybkim tempie udało mi się otworzyć. Przenieśliśmy się do sali z wanna. Co prawda nie była ona tak duża, abym mogla się w niej zmieścić z partnerem, ale teraz wiem, ze bardziej przydał mi się on po za nią, przygotowując zimne okłady, dostarczając zimne napoje, masując i podtrzymując.
Woda totalnie uśmierzyła mój ból, nie czując już żadnych skurczy. Wystraszyłam się, że cala akcja się cofnęła, aż w końcu moje ciało coś bezboleśnie wyparło. Myślałam, ze to główka dziecka, ale był to worek z wodami płodowymi. Druga faza znacznie gorzej mi poszła. Nie czułam bólu i nie nakładałam zbyt dużego nacisku na sile parcia. Mimo to wyparłam główkę dziecka, po czym nie miałam siły wyprzeć pozostałej części ciałka.
Główka znajdowała się pod woda już 4 min. Zawołano pozostałą część pracowników, aby pomogli przenieść mnie na łóżko. Tak szybko jak wstałam, tak tez wyskoczył mój 4 kg synuś. Pozycja stojąca, zero nacięć, zero pęknięć. Położna odbierająca mój poród stwierdziła, ze 13 lat tu pracuje i nie widziała tak pięknego i tak spokojnego porodu i musi ze wszystkimi podzielić się wrażeniami.Nad ranem kończąc zmianę przyszła się ze mną pożegnać. Wycałowała i powiedziała, że byłam niesamowita i kolejny poród najlepiej jak będzie odbywał się w domu, bo ja żadnej ingerencji medycznej nie potrzebuje. Teraz wszystkie odwiedzające położne zachwycają się jak ja to zrobiłam. Rodząc tak duże dziecko i żadnych pęknięć. Każdemu mówię, że to magia Cudu Narodzin 🙂 Przyznam, że od zawsze panicznie bałam się porodu. Program autohipnozy, szybko pozwolił mi o tym zapomnieć i cieszyć się urokiem ciąży.
Dziękuję.

Kamila i Olivier Górtowski,  10.07.2015

 Patrycja i Maja – cudowny poród w prezencie

majaDziś ciągle nie mogę uwierzyć, że jestem mamą. Tak, mam cudowną Córeczkę, najpiękniejsze dziecko na świecie, dziecko doskonałe w każdym calu. Wiem, każda mama tak mówi o swojej pociesze. W końcu to zrozumiałe, po niewygodach ciąży i po trudach porodu ma do tego prawo! Ale od początku.

Nasza ciąża nie była idealna. Od momentu, gdy na teście pokazały się 2 kreski, a wyniki badań krwi wskazywały jasno, że rośnie we mnie nowe życie, zalewały mnie z różnym natężeniem fale euforii i paraliżującego strachu. Niestety te drugie były niekiedy uzasadnione. Pamiętam ile razy siedziałam w poczekalni szpitalnej izby przyjęć z sercem w przełyku, zazwyczaj w godzinach nocnych. Pamiętam też jaką radość dawały mi najpierw lekkie ruchy, później już coraz silniejsze kopniaki naszej Małej Istotki. Nie mogłam się doczekać naszego spotkania 🙂

W pewnym momencie pojawiła się Karolina z programem „Cudu Narodzin”. Na początku podchodziłam do tego sceptycznie, że przecież ja się do hipnozy nie nadaję, przecież nie zadziała na mnie tekst wyjęty rodem z taniego filmu „twoje powieki stają się ciężkie”, ale po pierwszym nagraniu zmieniłam od razu zdanie. Otrzymałam w prezencie narzędzie ułatwiające osiągnięcie stanu całkowitego rozluźnienia. Codzienne sesje dawały mi poczucie relaksu i choć nie nauczyłam się wchodzić samodzielnie i szybko w stan hipnozy (może jednak jestem ciut oporna 😉 ), to za każdym razem czułam się jakby bezpieczniej, pewniej.

Muszę od razu powiedzieć, że ze względu na czas jaki pozostał mi do porodu zdecydowałam „przerabiać” po dwa nagrania dziennie, plus przypisany do nich materiał z książki – czyli wybrałam tryb przyspieszony. Szybko wśród nagrań znalazłam ulubione fragmenty, do których wracałam jeszcze poza zaplanowanym trybem, wyobrażałam sobie ulubione bezpieczne miejsca, wizualizowałam spotkanie z Malutką. Wszystko to dawało mi niesamowity komfort psychiczny. Pod koniec, gdy czułam, że to już blisko, zdecydowałam z ciekawości sprawdzić co jest w nagraniu przeznaczonym na czas porodu. Po chwili wiedziałam, że to nie moje tempo, wysłuchałam całości, przeczytałam materiał na ten dzień i stwierdziłam, że jestem gotowa.

W czwartek, tuż po północy zaczęły się skurcze. Takie delikatne jak te zapowiadające, ale występujące co 5, później co 2, 1 minutę. Dziwiła mnie ich częstotliwość. Parę godzin wcześniej rozmawiałam z Panią dr prowadzącą moją ciążę oraz z Położną, która w tym właśnie dniu miała nam towarzyszyć. Wiedziałam, że Mała już jest gotowa, mimo iż do książkowego terminu pozostały jeszcze 2 tygodnie. Dlatego nie miałam pewności czy te skurcze to ciągle jeszcze „trening”, czy to już to! Torbę miałam spakowaną… no powiedzmy. Trzeba było dorzucić już tylko kilka drobiazgów.

W końcu koło 2 nad ranem stwierdziliśmy, że czas jechać na porodówkę. Będzie co ma być. Krótki telefon do Położnej, że „to już chyba to, ale nie wiem, bo te skurcze są takie słabe i częste, i że odezwę się po badaniu na izbie przyjęć, bo sama nie wiem czy to nie fałszywy alarm, że wody mi nie odeszły, i że w ogóle nic nie wiem”. Uspokoił mnie Jej zaspany głos: „spokojnie, już jadę”. Gdy spotkałyśmy się na izbie przyjęć wiedziałam, że jestem bezpieczna. Był mój Mąż gotowy walczyć jak lew i wspierać mnie w każdej chwili, była Ona – Położna, której ufałam bezgranicznie i był mój wyćwiczony umysł, który na swój sposób wiedział jak się nastawić na Cud Narodzin. Jedno badanie, przebieranie w szpitalne ciuszki, papierologia, drugie badanie, chwila oddechu na krzesełku na oddziale porodowym, pogaduchy z Położną, z Mężem, a w głowie wizualizowanie tego momentu, który za chwilę miał stać się rzeczywistością.

Tuż po godzinie 3. trafiłam do sali porodowej. Skurcze pojawiały się już jeden po drugim, ale nie było ich wyraźnie widać na KTG. Nie były też jakieś zabójczo męczące. Całe szczęście, bo dużą część rozwierania się i skracania szyjki macicy przeszłam dość gładko. Boleć zaczęło dopiero po odejściu wód, ale ciągle nie na tyle, by decydować się na znieczulenie. Podskakiwanie na piłce i odtwarzane w głowie chwile z „bezpiecznego miejsca” robiły swoje.

W końcu trafiłam na fotel, a Położna głośno i stanowczo mówiła co mam robić. Zaczęło się na poważnie. Za chwilę miałam zostać mamą, taką prawdziwą! Powtarzane przez Położną „świetnie Ci idzie”, „pięknie rodzisz”, „dasz radę, wystarczy jeszcze tylko raz” oraz widok emocji na twarzy mojego Męża dawały mi nieziemską siłę. O 7.43 rano powitaliśmy naszą Córeczkę na świecie. Gdy położono mi Ją na brzuchu zakochałam się od razu. Od tej chwili zakochuję się w Niej na nowo codziennie, w każdej godzinie, w każdym momencie. I chociaż minęły już ponad 2 miesiące, ciągle nie może do mnie dotrzeć, że jestem mamą.

Cud Narodzin, jakiego doświadczyliśmy wydaje mi się czymś tak bardzo nierealnym, mistycznym, czymś zupełnie pięknym. Niemal od razu po samym porodzie stwierdziłam, że gdyby nie okres połogu i ogólny związany z nim dyskomfort fizyczny, to mogłabym rodzić kolejne dziecko po tygodniu 🙂 Program „Cud Narodzin” pomógł mi przejść przez ten wyjątkowy moment końcówki ciąży i samego porodu bardzo delikatnie. Pomógł mi też uporać się z poczuciem żalu, wyrzutów sumienia, jakie pojawiły się później. Wiem, że bez tego wsparcia, mimo obecności bliskich mi osób, byłoby trudniej. Teraz z ciekawością czekam na każdy kolejny dzień, na uśmiech Malutkiej przy karmieniu, nasze „rozmowy” przy przewijaniu, zabawy w ciągu dnia, psoty przy kąpieli. Łagodne doświadczenie momentu przyjścia na świat naszej Córeczki pozwoliło nam wejść w rolę bycia Rodzicem bez stresów i niepotrzebnego „bagażu” złych emocji. To najpiękniejsze co mogło się nam przydarzyć w życiu.

Tego dnia cała nasza trójka narodziła się na nowo!
Ściskamy Cię serdecznie! Mamuta, Tatul i Maja 🙂

Jeśli chcesz podzielić się swoją historią porodu w hipnozie napisz do nas!

 

 

 

 

Przerwa wakacyjna 21.07-07.08.2017 - wszystkie zamówienia będą realizowane po urlopie! Zamknij