Patrycja i Maja – hipnoporód

Patrycja i Maja – hipnoporód

Dziś ciągle nie mogę uwierzyć, że jestem mamą. Tak, mam cudowną Córeczkę, najpiękniejsze dziecko na świecie, dziecko doskonałe w każdym calu. Wiem, każda mama tak mówi o swojej pociesze. W końcu to zrozumiałe, po niewygodach ciąży i po trudach porodu ma do tego prawo! Ale od początku.

Nasza ciąża nie była idealna. Od momentu, gdy na teście pokazały się 2 kreski, a wyniki badań krwi wskazywały jasno, że rośnie we mnie nowe życie, zalewały mnie z różnym natężeniem fale euforii i paraliżującego strachu. Niestety te drugie były niekiedy uzasadnione. Pamiętam ile razy siedziałam w poczekalni szpitalnej izby przyjęć z sercem w przełyku, zazwyczaj w godzinach nocnych. Pamiętam też jaką radość dawały mi najpierw lekkie ruchy, później już coraz silniejsze kopniaki naszej Małej Istotki. Nie mogłam się doczekać naszego spotkania :)

W pewnym momencie pojawiła się Karolina z programem „Cudu Narodzin”. Na początku podchodziłam do tego sceptycznie, że przecież ja się do hipnozy nie nadaję, przecież nie zadziała na mnie tekst wyjęty rodem z taniego filmu „twoje powieki stają się ciężkie”, ale po pierwszym nagraniu zmieniłam od razu zdanie. Otrzymałam w prezencie narzędzie ułatwiające osiągnięcie stanu całkowitego rozluźnienia. Codzienne sesje dawały mi poczucie relaksu i choć nie nauczyłam się wchodzić samodzielnie i szybko w stan hipnozy (może jednak jestem ciut oporna ? ), to za każdym razem czułam się jakby bezpieczniej, pewniej.

Muszę od razu powiedzieć, że ze względu na czas jaki pozostał mi do porodu zdecydowałam „przerabiać” po dwa nagrania dziennie, plus przypisany do nich materiał z książki – czyli wybrałam tryb przyspieszony. Szybko wśród nagrań znalazłam ulubione fragmenty, do których wracałam jeszcze poza zaplanowanym trybem, wyobrażałam sobie ulubione bezpieczne miejsca, wizualizowałam spotkanie z Malutką. Wszystko to dawało mi niesamowity komfort psychiczny. Pod koniec, gdy czułam, że to już blisko, zdecydowałam z ciekawości sprawdzić co jest w nagraniu przeznaczonym na czas porodu. Po chwili wiedziałam, że to nie moje tempo, wysłuchałam całości, przeczytałam materiał na ten dzień i stwierdziłam, że jestem gotowa.

W czwartek, tuż po północy zaczęły się skurcze. Takie delikatne jak te zapowiadające, ale występujące co 5, później co 2, 1 minutę. Dziwiła mnie ich częstotliwość. Parę godzin wcześniej rozmawiałam z Panią dr prowadzącą moją ciążę oraz z Położną, która w tym właśnie dniu miała nam towarzyszyć. Wiedziałam, że Mała już jest gotowa, mimo iż do książkowego terminu pozostały jeszcze 2 tygodnie. Dlatego nie miałam pewności czy te skurcze to ciągle jeszcze „trening”, czy to już to! Torbę miałam spakowaną… no powiedzmy. Trzeba było dorzucić już tylko kilka drobiazgów.

W końcu koło 2 nad ranem stwierdziliśmy, że czas jechać na porodówkę. Będzie co ma być. Krótki telefon do Położnej, że „to już chyba to, ale nie wiem, bo te skurcze są takie słabe i częste, i że odezwę się po badaniu na izbie przyjęć, bo sama nie wiem czy to nie fałszywy alarm, że wody mi nie odeszły, i że w ogóle nic nie wiem”. Uspokoił mnie Jej zaspany głos: „spokojnie, już jadę”. Gdy spotkałyśmy się na izbie przyjęć wiedziałam, że jestem bezpieczna. Był mój Mąż gotowy walczyć jak lew i wspierać mnie w każdej chwili, była Ona – Położna, której ufałam bezgranicznie i był mój wyćwiczony umysł, który na swój sposób wiedział jak się nastawić na Cud Narodzin. Jedno badanie, przebieranie w szpitalne ciuszki, papierologia, drugie badanie, chwila oddechu na krzesełku na oddziale porodowym, pogaduchy z Położną, z Mężem, a w głowie wizualizowanie tego momentu, który za chwilę miał stać się rzeczywistością.

Tuż po godzinie 3. trafiłam do sali porodowej. Skurcze pojawiały się już jeden po drugim, ale nie było ich wyraźnie widać na KTG. Nie były też jakieś zabójczo męczące. Całe szczęście, bo dużą część rozwierania się i skracania szyjki macicy przeszłam dość gładko. Boleć zaczęło dopiero po odejściu wód, ale ciągle nie na tyle, by decydować się na znieczulenie. Podskakiwanie na piłce i odtwarzane w głowie chwile z „bezpiecznego miejsca” robiły swoje.

W końcu trafiłam na fotel, a Położna głośno i stanowczo mówiła co mam robić. Zaczęło się na poważnie. Za chwilę miałam zostać mamą, taką prawdziwą! Powtarzane przez Położną „świetnie Ci idzie”, „pięknie rodzisz”, „dasz radę, wystarczy jeszcze tylko raz” oraz widok emocji na twarzy mojego Męża dawały mi nieziemską siłę. O 7.43 rano powitaliśmy naszą Córeczkę na świecie. Gdy położono mi Ją na brzuchu zakochałam się od razu. Od tej chwili zakochuję się w Niej na nowo codziennie, w każdej godzinie, w każdym momencie. I chociaż minęły już ponad 2 miesiące, ciągle nie może do mnie dotrzeć, że jestem mamą.

Cud Narodzin, jakiego doświadczyliśmy wydaje mi się czymś tak bardzo nierealnym, mistycznym, czymś zupełnie pięknym. Niemal od razu po samym porodzie stwierdziłam, że gdyby nie okres połogu i ogólny związany z nim dyskomfort fizyczny, to mogłabym rodzić kolejne dziecko po tygodniu :) Program „Cud Narodzin” pomógł mi przejść przez ten wyjątkowy moment końcówki ciąży i samego porodu bardzo delikatnie. Pomógł mi też uporać się z poczuciem żalu, wyrzutów sumienia, jakie pojawiły się później. Wiem, że bez tego wsparcia, mimo obecności bliskich mi osób, byłoby trudniej. Teraz z ciekawością czekam na każdy kolejny dzień, na uśmiech Malutkiej przy karmieniu, nasze „rozmowy” przy przewijaniu, zabawy w ciągu dnia, psoty przy kąpieli. Łagodne doświadczenie momentu przyjścia na świat naszej Córeczki pozwoliło nam wejść w rolę bycia Rodzicem bez stresów i niepotrzebnego „bagażu” złych emocji. To najpiękniejsze co mogło się nam przydarzyć w życiu.

Tego dnia cała nasza trójka narodziła się na nowo!
Ściskamy Cię serdecznie! Mamuta, Tatul i Maja :)

Related posts

Przerwa wakacyjna 21.07-07.08.2017 - wszystkie zamówienia będą realizowane po urlopie! Zamknij