Dobry poród domowy – Karolina i Bruno

Kładę się spać 20.09 trochę zła, że pełnia, na którą tak liczyłam nic nie dała. Dalej jestem w ciąży – jest mi już ciężko, miednica mocno doskwiera i naprawdę chciałabym już urodzić. Takie tam normalne odczucia kobiety w 38 tygodniu ciąży. W nocy łapie mnie kilka skurczyków ale nie jest to nic na tyle poważnego żeby choćby wstać z łóżka. Przytulam więc starszaka i śpię dalej. 21 to sobota, mój M zostaje w domu mogę więc odpocząć. Leniwy ranek pochmurnego dnia, ale nie jest źle – pierwszy raz od tygodnia nie pada.
Koło 10 postanowiłam wziąć ciepłą kąpiel – ot, taki kaprys chwili. Gdy o 11 wychodzę z nagrzanej łazienki mówię „zaczyna się”. M chyba trochę nie może uwierzyć i pyta skąd wiem. Wiem bo odszedł czop z krwią… czyli coś się dzieje, ale mamy jeszcze dużo czasu. Mimo to decyduje się zadzwonić po dziadków żeby zabrali Igora. Jakoś wewnętrznie czuję, że niebawem będę potrzebować ciszy i spokoju, które są trudne do osiągnięcia przy dwulatku.
Dziadek zaalarmowany hasłem „poród” zjawia się z prędkością błyskawicy. Powoli pakuję Igora. W międzyczasie daję znać położnej, że coś tam się zaczyna dziać ale że póki co to nic poważnego. M leci do sklepu i apteki. Jest po 12 gdy przekazujemy starszaka pod opiekę dziadka i zaczynamy domowe przygotowania. M pompuje basen, ja sprzątam dziecięce zabawki. Niby nic a schodzi się przy tym przeszło godzina. Położna odwiedza nas bez ostrzeżenia koło 13.30 – przywozi niezbędny sprzęt i bada. Wynik: czop odszedł, szyjka przepuszcza, maluch nisko ale to jeszcze nie poród. Mamy dzwonić jak akcja się rozkręci. Patrzę na zegarek: 13.45, chcę na spacer. Nakładam na uszy mp3 z nagraniami Cud Narodzin i w trakcie drogi powoli odpływam.
Michał prowadzi mnie a ja często mam zamknięte oczy. Zapadam się gdzieś w siebie. Idziemy bardzo powoli ale ja mam wrażenie że to męcząca droga. Co chwila zatrzymuje się i kręcę biodrami – tak mi na razie najłatwiej dostroić się do doznań. Właściwie nie rozmawiam z M. Po prostu cieszę się, że jest, że mnie prowadzi, że nie muszę myśleć tylko mogę spokojnie iść. Doznania są coraz bardziej odczuwalne i zaczynam przystawać i mruczeć w czasie skurczy. Mijający nas ludzie trochę dziwnie patrzą na ten obrazek. Mijający nas ludzie dziwnie patrzą. Mam ich gdzieś. Zamykam oczy i daję się prowadzić Michałowi. Czuję się bezpieczna i bardzo spokojna.

Jest 15.20 gdy wracamy do domu. Jestem zmęczona. Rzucam się na łóżko i na dobre 20 minut odpływam w błogi sen. (Gdyby ktoś mi powiedział po narodzinach pierwszego syna, że w czasie akcji można spać, daję słowo, że bym go wyśmiała!)
Budzi mnie silna fala ucisku w podbrzuszu i nagła myśl, że jeśli pośpię dłużej to na pewno znów wyciszę całą akcję porodową, a przecież ja chcę urodzić.
Wstaję i idę do wanny. Akcja od razu wraca ze zdwojoną siłą. Łazienka jest ciemna, zapalam świeczki i po prostu znów odpływam. Na uszach ciągle słuchawki, w czasie ucisku mruczę i polewam prysznicem brzuch. Ciągle nie jestem przekonana czy to już poród czy jeszcze nie, chociaż doznania są już intensywne, regularne i częste. Zza ściany słyszę, że M piecze domowy chleb. Nie wiem ile mija czasu ale wołam go do siebie. Niech polewa brzuch, niech mi pomaga, niech COŚ zrobi. Ostatecznie mówię żeby zadzwonił po położną – jeśli to co się dzieje nic nie daje to pojedziemy do szpitala żeby sprawdzili czy wszystko z nami ok. Doznania robią się bardzooo intensywne. Położna mówi, że będzie za pół godziny. Pół godziny myślę sobie… ok, poczekam. Siedzimy w łazience. M polewa mi brzuch wodą, masuje nogi. W tych przerwach między falami czuję, że strasznie go kocham. Ze słuchawek lecą relaksujące sugestie i słowa wsparcia – jestem w stanie pół-przytomnym, gdzieś na granicy światów. Wyłącza się myślenie, wzrok mi się zawiesza na świeczkach rozstawionych na wannie. Już niczego nie analizuje, nie zastanawiam się. Po prostu jestem w tym. Czuję swoje ciało. Czuję ciało mojego dziecka. Wszystko jest dobrze. Intensywnie. Jestem w tym na 100%, cała jestem narodzinami, cała jestem tą miłością i magią. Po prostu pozwalam, aby się działo.

Nie wiem która jest godzina gdy zjawia się położna – jak dla mnie może być równie dobrze 16 jak i 20. Czas gdzieś mi się zatarł w tej łazience. A. (położna) cichutko wchodzi do łazienki, delikatnie maca brzuch, bada moje ciśnienie i tętno synka. Pyta ile czasu tu siedzę – M odpowiada, że jakies 45 minut. Wychodzę z wanny i wypraszam ich z łazienki – organizm musi się oczyścić. Gdy wychodzę proszę o badanie rozwarcia i stwierdzam, że jeśli nic się nie ruszyło to ja mówię pass ? w badaniu wychodzą 4 cm. Wow. Czyli coś się jednak ruszyło i to całkiem błyskawicznie. Wkraczamy w aktywną fazę porodu. Zerkam na zegarek (ciężko na niego nie zerkać bo wisi w centralnym punkcie dużego pokoju), jest przed 17. M coś jeszcze mówi, zagaduje… ale nie słucham go. Jestem w zupełnie innym świecie. Wiem, że wydaje z siebie dźwięki, ale nie wiem jakie. Coś mówię, ale nie wiem co. Ktoś głaszcze mnie po głowie. Coś dzieje się dookoła… To wszystko nieważne. Jestem ja. Moje ciało. Moje dziecko. Mój mąż. Poza tym nie ma nic.
Otwieram balkon bo mi gorąco i na każdym skurczu ślicznie śpiewam wieszając się na M. Mówię mu, że nie dam rady, że to nie dla mnie. Otrzymuję ciepłe słowa zachęty i wsparcia. Mimo to zdecydowanie czuję, że nie dam rady. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Bardzo intensywnie. Fale zalewają mnie jedna po drugiej. Krótkie badanie delikatną dłonią położnej – mamy magiczne 7 cm. Osławiony kryzys wita mnie piekielnie mocnymi falami. Zwisam na Michale i po prostu „śpiewam” ile fabryka dała na szycie każdej fali. Balkon ciągle otwarty ? więc sąsiedzi muszą podejrzewać albo wielokrotny orgazm (serio! odgłosy są bardzo zbliżone do tych w czasie kulminacji aktu płciowego) albo przemoc domową ? To wszystko nic. To tylko kryzys. To minie. Wszystko minie. Już zaraz będziemy razem tulić naszego synka. Fale przychodzą i odchodzą. Staram się je akceptować, być im wdzięczna, staram się wyłączyć siebie, swój brak wiary. Wewnętrznie pozwalam im się dziać. Ten moment w narodzinach mojego synka jest najtrudniejszy dla mnie jako kobiety, wymaga całkowitego odpuszczenia – sobie i innym. Pozwolenia sobie na przyznanie, że to bardzo intensywne, bardzo niecodzienne… że chętnie bym się gdzieś schowała i przeczekała, a przecież muszę tu być, nie mogę porzucić ani samej siebie, ani tym bardziej mojego synka. To rozgrywka wewnętrzna, muszę odpuścić i pozwolić się dziać. Zgodzić się na każdą falę ucisku. Przywitać ją i podziękować jej. Mówię do siebie, że nie dam rady, że to ponad moje siły… ale jednak daję radę. Wiem, że właśnie w tym podporządkowaniu się sile rodzenia jest mądrość kobiety.
Jest 18.15 kiedy położna pyta czy mnie przypadkiem nie popiera. Mówię, że nie wiem. Może trochę. Zdecydowanie czuję, że malutki jest nisko. Bardzo nisko. Szybciutkie badanie, mamy 8cm. Jeszcze chwila i będziemy przeć. Położna poleca uklęknąć i nie przeć. Niech się wszystko dzieje we własnym tempie. Łatwo jej powiedzieć. Jednak siła i charakter skurczy zmienia się. Nie są tak częste, nie są tak długie. Klękam przed naszą kanapą i na skurczu wpijam się w wyciągniętą przede mnie rękę Michała. A. chce mi pomóc i głaszcze plecy ale ostro zakazuje się dotykać. Jedynym znośnym dotykiem jest w tej chwili mocna dłoń Michała na moich rękach i twarzy. Nie wiem ile czasu to trwa. Czas się zaciera, rozmywa. Mam ochotę całować męża, albo go gryźć, nie jestem sama pewna. Zresztą, nie jestem też pewna czy tego nie robię. Pozwalam swojej Wewnętrznej Dzikiej Kobiecie przejąć kontrolę. A. sugeruje żebym odpoczywała między skurczami bo 2 faza już niedaleko. Troche to do mnie nie dociera – przecież ciągle nie pękł pęcherz płodowy. Sugeruje żeby „dmuchać świeczki” i po prostu czekać… jest to nie do zrobienia. Następna fala wyrywa ze mnie okrzyk „przeć” i pęka pęcherz. Jednocześnie niepohamowana siła po prostu wytacza ze mnie dziecko. To niepohamowana siła życia, niepodobna do porównania z czymkolwiek innym, ogromna, wspaniała, nie licząca się z niczym. Czysta i niemożliwa do okiełznania. Czuję jak synek schodzi bardzo nisko i mam obawy czy ktoś zdąży dobiec aby go złapać. Ale siła parcia na chwilę ustaje. Czuję główkę synka, która jeszcze się we mnie chowa. Dosłownie po sekundzie kolejny mocny skurcz wypycha ją na zewnątrz i rotuje. A. jest już za mną (dopiero później dowiaduje się, że wszystko dzieje sie tak szybko że nie nadąża nałożyć obu rękawiczek) a ja jakimś ostatkiem świadomości wiem, że dopiero teraz mogę przeć – biorę więc wdech i pomagam kolejnej fali. Bruno rodzi się po cichutku – nie płacze, nie kwili nawet, w pokoju jest półmrok. Pytam czemu nie płacze ale zaraz dowiaduje się, że wszystko jest dobrze… po prostu panuje tu spokój.
Bruno ląduje u mnie na brzuchu, rozgląda się zaciekawiony – na zmianę patrzy na mnie i na tatę. Położna jak dobry duch pozwala nam chłonąc tą atmosferę usuwając się gdzieś zupełnie w cień. Tulimy się, malutki dostaje cyce, ja odpoczywam.

Karolina, wrzesień 2013

Ps. dodane po 3 miesiącach: z perspektywy czasu i doświadczenia dwóch porodów w pełni doceniam cud, jakim były dla mnie te spokojne, domowe narodziny drugiego synka. Było to doznanie intensywne, ale warte wszystkiego. Ani przez chwilę nie czułam strachu, niepokoju bądź lęku. Wszystko było spokojne, ja byłam spokojna (co wcale nie oznacza, że byłam cicha, o nie), Bruno był i nadal jest spokojny. Chociaż nie ominął mnie kryzys siódmego centymetra objawiał się on jedynie chwilowym brakiem wiary we własne siły, a nie frustracją, niezgodą czy też błaganiem o znieczulenie. Te wspomnienia pozostaną ze mną na zawsze. Jestem silną kobietą, mamą dwójki wspaniałych chłopców. Wiem, że mogę wszystko!

Related posts