Agnieszka i Szymuś – szybkie przygotowania i szybki poród z hipnozą

Agnieszka i Szymuś – szybkie przygotowania i szybki poród z hipnozą

Wiadomość, że Szymon już jest z nami, chociaż jeszcze go nie widać dotarła do mnie w dniu moich urodzin – piękniejszego prezentu nie mogłabym sobie zażyczyć, bo marzyliśmy o nim już od ponad czterech lat. Może właśnie ten czas oczekiwania sprawił, że nawet typowe dolegliwości ciążowe witałam z radością – chociaż przyznaję, że to nieco dziwne płakać ze szczęścia pochylając się nad muszlą toaletową z okazji mdłości.

Te piękne osiem miesięcy minęło w mgnieniu oka. Pod koniec roku rozpoczęłam przygodę z programem Cud Narodzin – wiele czasu nie zostało, dlatego realizowałam go w trybie przyśpieszonym. Dawniej nie byłam szczególną entuzjastką podobnych rozwiązań, ale już pierwszy kontakt z nagraniem demo bardzo mi się spodobał i istotnie pomógł mi się zrelaksować. Kolejne nagrania pomogły mi zbudować sobie Bezpieczne Miejsce, które mam zamiar odwiedzać również teraz, już po porodzie i „ułożyć” w głowie niektóre rzeczy.

Codzienne sesje z programem stały się rytuałem, który przechodziłam razem z Synkiem – takim naszym małym urlopem od rzeczywistości. Codziennie wieczorem przygaszałam światło w sypialni, zamykałam drzwi, układałam się wygodnie i zakładałam słuchawki, by porozmawiać z moim Maleństwem i sama ze sobą. Wydawało mi się, że nastawienie do rodzenia mam jak najbardziej dobre – okazało się, że dzięki Cudowi może być ono jeszcze lepsze, ale o tym przekonałam się w zasadzie dopiero po porodzie.

Nadszedł styczeń, przyszłą mamę ogarnął szał powszechnie nazywany instynktem wicia gniazda – na dzień 15.01 zaplanowane były porządki w szafie wnękowej oraz odświeżenie drzwi i framug. Plan prosty prawda? Jednak byli tacy, co plany mieli inne. O 2.30 obudziłam się myśląc, że chyba dokucza mi żołądek. Szybko okazało się, że to jednak nie żołądek, bo ból nadchodzi i znika, w coraz bardziej podejrzanie równych odstępach czasu. Weszłam do wanny, skurcze po jakimś czasie się wyciszyły – stwierdziłam, że to fałszywy alarm, tym bardziej, że do terminu porodu były jeszcze prawie dwa tygodnie, a to wszystko tylko po to, żebym poznała znaczenie słowa „skurcz”, bo przez całą ciążę nie uświadczyłam czegoś takiego. Udało mi się nawet zdrzemnąć w tej wannie. Położyłam się do łóżka, z którego krótko później wygonił mnie kolejny skurcz, mocniejszy niż poprzednie. Po wizycie w WC stało się jasne, że odchodzi czop – popędziłam więc dopakowywać walizkę szpitalną, ściągać ze sznura koszulę porodową, którą (na szczęście!) wyprałam poprzedniego wieczoru, uzmysłowiłam Mężowi, że do pracy raczej dzisiaj nie pojedzie. W szpitalu wylądowaliśmy krótko po południu, po marszo-spacerze, który zaleciła położna, KTG ujawniło, że skurcze nie są jakieś „spektakularne”, położna wręcz stwierdziła, że „porodu nie widać”, ale przy badaniu okazało się, że to już 4 cm rozwarcia. Krótko później zaczęły się „wędrówki ludów” – wraz z dzielnie towarzyszącym mi Mężem setki razy przemierzyłam szpitalny korytarz, w trakcie skurczów podpierając ściany i krzesła. W głowie wizualizowałam sobie, zgodnie z ćwiczeniami z Cudu Narodzin, moje Bezpieczne Miejsce, moje rodzące się Dziecko, powtarzałam sobie afirmacje i chociaż bolało i czasem dałam się ponieść lękowi, udało nam się sprawnie, bez większych nerwów i ponoć bardzo szybko jak na pierwszy poród przenieść się na salę, na której w ciągu trzech kwadransów na świat przyszedł mały Szymon.

Zapamiętam do końca życia – ból, a za chwilę maleńkie ciałko przytulone do mnie – tego nie da się ani opowiedzieć ani podrobić, najpiękniejsze doświadczenie życia. Napisałam „ból” – chciałabym podkreślić, że akurat tutaj to słowo nie ma negatywnego wydźwięku. Owszem bolało, ale byłam silniejsza i byłam w stanie to kontrolować – wierzę, że również dzięki pracy z Cudem Narodzin. Ten ból był inny, bardzo wartościowy i bardzo cieszę się, że go doświadczyłam, bo czuję się nim ubogacona. Wiem, że mogę więcej niż mi się dawniej zdawało i jestem dumna, że w jakiś sposób pokonałam sama siebie. Narodził się nie tylko Szymek – narodziła się również Mama Szymka.

Narodziny mojego Dziecka nie były czystą fizjologią tylko prawdziwym cudem, tak samo jak cudem było to, że się poczęło w ostatnim możliwym cyklu leczenia niepłodności. Każdej kobiecie życzę doświadczenia czegoś takiego! Starałam się jakoś składnie to opisać, ale ciężko było – niby już prawie trzy tygodnie minęły, ale emocje wciąż mi skaczą na wspomnienie tego dnia. Dziękuję za możliwość skorzystania z Cudu Narodzin, nie będę umiała się z nim teraz rozstać, będę słuchać nagrań razem z Szymkiem. W załączniku przesyłam zdjęcie, jakie zostało naszej rodzince zrobione jakieś 40 minut po przyjściu Szymusia na świat.

(fotografia: Łukasz Popielarz)

Pozdrawiam
Agnieszka Grabowska-Ziętek

Related posts